#44 Tajemnica wyspy Flatey | Victor Arnar Ingólfsson


Autor: Victor Arnar Ingólfsson
Tytuł: "Tajemnica wyspy Flatey"
Gatunek: kryminał
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Editio
Ilość stron: 242

Cześć kochani,
kiedy wydawnictwo Editio napisało do mnie z propozycją zrecenzowania tej powieści, na początku wahałam się. Ja i kryminały? Dotychczas nie bardzo miałam z nimi po drodze. Ale gdy przeczytałam opis i dowiedziałam się, że akcja dzieje się na Islandii, niewiele myśląc się zgodziłam - chciałam poczuć klimat islandzkiego życia z dala od cywilizacji. I oto jest, recenzja "Tajemnicy wyspy Flatey". Miłego czytania :)

Troszkę o treści...

Pewnego dnia na tytułową wyspę Flatey przybywa Kjartan. Jego głównym zadaniem jest rozwiązanie zagadkowej śmierci pewnego naukowca - Duńczyka - Gastona Lunda, który w niewiadomych okolicznościach znalazł się tak daleko od ojczyzny. Z czasem okazuje się, że mieszkańcy skrywają tajemnice, które powoli łączą się ze znalezionym ciałem. Do rozwiązania zagadki śmierci niewątpliwie przyda się rozwiązanie zagadki średniowiecznego manuskryptu: księgi Flateyjarbók. Czy uda się rozwiązać jej tajemnicę?

Moja opinia...


Będąc absolutnie szczera, gdy książka do mnie dotarła, nie przeraziłam się jej objętością, bo nie była gruba, ale lekko odrzucił mnie jej mikroskopijnych rozmiarów(jak na moje standardy) druk czcionki. Po chwili jednak stwierdziłam, że się nie poddam i rozprawię się z tą powieścią, ponieważ ciekawość treści wzięła nade mną górę.

Styl pisania Victoria A. Ingólfssona nie należy do męczących, ale niewątpliwie trzeba kochać kryminały i klimaty islandzkie, aby móc tę pozycję przeczytać. A przynajmniej jedno z dwojga. Autor w bardzo ciekawy i zaskakujący sposób przenosi nas w lata 60'te ubiegłego wieku do małej wioski, gdzie nie ma za bardzo łączności ze światem - jedynym łącznikiem jest radio nadające od czasu do czasu oraz statki pocztowe. Mieszkańcy żyją w głównej mierze bardzo skromnie, ale też nie są jakoś specjalnie wymagający. Z początku denerwował mnie język jakim się osadnicy posługiwali, jednak z czasem zrozumiałam ten specyficzny zabieg zastosowany przez autora. Dzięki niemu można bardziej wczuć się w specyficzny klimat książki. 



Przyznaję, że przez pierwsze pięćdziesiąt stron powieść ta mi się niemiłosiernie dłużyła, a postaci strasznie myliły(szczególnie ich imiona). Po przebrnięciu tej magicznej liczby, nagle jak ręką odjął - połykałam stronę za stroną, nie mogą się doczekać rozwiązania zagadki po pierwsze śmierci naukowca, po drugie tajemniczego manuskryptu.



Bardzo fajnym zabiegiem były w tej książce dodatki w postaci map czy szkiców notatek sporządzonych przez Kjartana czy Gastona. Dodatkowo na plus zasługuje długość poszczególnych rozdziałów - lubię krótkie rozdziały, które nie wleką się przez kilkanaście stron oraz prowadzenie dwóch akcji: jednej głównego wątku śmierci oraz drugiej, zaznaczonej kursywą, rozwikłania zagadki manuskryptu.

Moja ocena...


Zasadnicze pytanie brzmi: czy lubicie kryminały? Jeśli tak, to ta powieść niewątpliwie Wam się spodoba. Wszystkie wątki finalnie w bardzo ciekawy sposób się zazębiają i nie ma uczucia niedosytu. Ja tę książkę oceniam na dobre 8/10. Bez cienia wątpliwości na taką ocenę zasługuje i na pewno sięgnę po kolejne pozycje Victoria Arnara Ingólfssona!



A za egzemplarz bardzo chciałabym podziękować Wydawnictwu Editio Black.



Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.