Czy okładka ma znaczenie?


W gąszczu ostatnich "afer" jakie można spotkać na bookstagramie, wychwyciłam w niedługim odstępie czasu kilka perełek, przy których albo się zaśmiejemy pod nosem, albo stwierdzimy że "o co tym blogerom chodzi, przecież dostają egzemplarze za darmo i jeszcze marudzą". Dziś zatrzymam się nad tą drugą kwestią, traktującą o książkach i czytających blogerach, którzy rzekomo od wydawnictw dostają "darmowe" egzemplarze.

"Darmowe" i jeszcze marudzą

Zacznijmy może od kwestii, czy te "darmowe" egzemplarze są rzeczywiście darmowe.
Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, ile pracy musi włożyć osoba, tworząca dla czytelników recenzje i reklamująca na IG oraz innych Social Media? Nie? Już Wam tłumaczę na własnym przykładzie.
Kiedy przychodzi książka od wydawnictwa, należałoby zrobić unboxing, choć to nie jest zobowiązujące, ale dobrze wygląda i może być pierwszą namiastką reklamową. Bo chyba każdy lubi otwierać paczki? Są też takie osoby, które uwielbiają jak inni je otwierają. Ja osobiście należę do obu tych grup. A więc, mamy paczkę już otwartą i jej zawartość okazaną światu np. na instastories. Dla mnie osobiście jest to data, od której zazwyczaj liczę dni, jeśli wydawnictwo nada odgórnie limit czasowy na przeczytanie danej pozycji(czasami się to zdarza). W trakcie czytania zaznaczam co ciekawsze cytaty, które w późniejszym czasie są selekcjonowane i dodawane do recenzji. Kolejnym etapem - zazwyczaj zaraz po przeczytaniu, choć zdarza się czasem, że jeszcze przed - są zdjęcia. Jest to chyba najbardziej kreatywny etap, który uwielbiam i który to zarazem stwarza pole do popisu. Jak wiecie, ja sobie odgórnie narzuciłam odpowiedni charakter zdjęć i tego się trzymam, bo w jasnych formach czuję się najlepiej. Takich zdjęć powstaje 5 - 7 sztuk - trwa to zwykle do godziny(w zależności od ilości egzemplarzy, które mam zamiar sfotografować). Gdy już to wszystko mam opanowane, mogę w końcu siąść do komputera i odpocząć? A skąd... Pisanie recenzji, obrabianie zdjęć, dodawanie znaków wodnych, sprawdzanie na koniec literówek - średnio 2-3h. Kiedy już ten etap jest skończony czas na reklamę w SM. Na to też potrzeba czasu, zaangażowania - od tego zależy czy dana książka dotrze do jak największej liczby odbiorców - średnio 2-4h w zależności jak dużą ilością czasu dysponuję. A więc kochani, nie licząc czasu na przeczytanie danej pozycji wychodzi jakieś 8h na daną pozycję.

Teraz pobawmy się chwilę w matematykę. 
Obecnie książki kosztują średnio 30zł(zakładam optymistyczny scenariusz - często sprzedaż książek jest wręcz niemożliwa - z racji pieczątek czy naklejek na danych egzemplarzach bądź jest sprzedawana po sporo zaniżonej kwocie). Łatwo policzyć, że stawka godzinowa za wykonaną pracę oraz reklamę danej pozycji w sieci wychodzi około 3,75zł. Czy jest to warte zachodu, sami oceńcie.
I nadal uważacie, że blogerzy dostają książki za darmo? 
Dla mnie, recenzowanie jest pasją i staram się nie patrzeć przez ten pryzmat. Uwielbiam książki czytać jak również na nie patrzeć i podziwiać, stąd zaczynamy drugą część mojego wywodu.



Czy dla przeciętnego zjadacza chleba okładka książki ma znaczenie?

Myślę, że mimo wszystko tak, nawet ogromne. Nie od dziś wiadomo, że konsumenci są przede wszystkim wzrokowcami i kojarzą produkt z logiem czy użytymi w nim kolorami(np. "Coca Cola" czy też "Philips" zna większość osób). Mając to na uwadze i idąc tym tropem, bardzo często można się spotkać z prośbą od klientów(bibliotek czy też księgarń), że szukają np. szarej okładki z zakochaną parą. My, blogerzy opiniotwórczy, piszący na co dzień recenzje i lawirujący pomiędzy różnymi wydawnictwami, zwykle mamy przed oczami przynajmniej z dziesięć opcji w naszych głowach(np. ostatnie książki Mii Sheridan, czy też cała seria z zakochanymi parami od wydawnictwa Amber -> jeśli chodzi o szare okładki z zakochaną parą). Tak więc, nie oszukujmy się okładka ma ogromne znaczenie i wiedzą to zarówno wydawnictwa, jak również blogerzy, którzy recenzują dane pozycje.

Łyżka dziegciu w słoiku miodu 

Ale kiedy wydawnictwa przesyłają egzemplarze recenzenckie mam tę świadomość, że dość często okładka czy nawet treść w środku może się różnić z finalnym egzemplarzem - zwykle są odpowiednie adnotacje zawarte gdzieś małym drukiem bądź jakieś naklejki/pieczątki w środku. Jednak mam do Was w tym miejscu pytanie. Co jeśli wychodzi produkt przeznaczony dla recenzentów, który nie spełnia w 100% naszych oczekiwań - choćby okładka książki z punktu widzenia marketingowego "nie sprzeda się" to czy jest sens drukowania jej i wpychania (za przeproszeniem) blogerom na siłę? Zastanawiam się, czy praca jaką w tym momencie wkładam w sfotografowanie danej pozycji ma sens? Staram się patrzeć optymistycznie i zwodzić się myślami, że przecież treść jest ważniejsza niż okładka, ale nie oszukujmy się... Media społecznościowe, gdzie jest "sprzedawany" produkt(a Instagram przede wszystkim) jest i z zasady powinien być opakowany pięknymi oraz charakterystycznymi zdjęciami finalnego produktu, a nie czegoś pośredniego.


PDF versus papier

Bardzo dobrze z takiej sytuacji potrafiło wybrnąć pewne wydawnictwo, z którym współpracuję(nie wiem czy to z braku funduszy/cięć, czy po prostu ze zwykłego dbania o drzewa i nadmierne zużywanie papieru). Kiedy nie posiadają egzemplarza recenzenckiego, przesyłają dostatecznie wcześniej plik w formie pdf(dlatego w moich oczach ogromnie zyskali tym zabiegiem, choć na co dzień nie czytam ebooków), a na kilka dni przed premierą dosyłają finalny egzemplarz, abyśmy my - bookstagramowicze, mogli wykonać zdjęcia, dzięki którym możemy zareklamować ich produkt w mediach społecznościowych. A jeśli już mają egzemplarze recenzenckie, to są bardzo zbliżone do finalnych wersji. Takie rozwiązanie uważam za idealne pod względem marketingowym.
I wilk syty, i owca cała.
Czyli innymi słowy, recenzent się cieszy że dostaje w najgorszym wypadku produkt spełniający w 90% jego oczekiwania(mam na myśli egzemplarze recenzenckie pokrywające się z wersją finalną), a i wydawnictwo nie traci kilku tysięcy złotówek na wydruk specjalnych egzemplarzy dla recenzentów/blogerów.

Puentując moje dzisiejsze dywagacje.
Jak sami widzicie, blogerzy książkowi NIE dostają egzemplarzy ZA DARMO. Muszą włożyć w nie określoną ilość pracy, nie dlatego, że chcą zarobić na tej działalności(bo może starczy na zupkę chińską z tego zajęcia), ale przede wszystkim ich powodem jest to, że lubią czytać, recenzować i własnie to sprawia im niewiarygodną frajdę - mogąc przeczytać jakąś książkę przed premierą.
A sprawa z okładkami wygląda w taki sposób, że nie zawsze warto się spieszyć z egzemplarzami recenzenckimi. Czasem warto byłoby zapytać o zdanie samych blogerów czego by bardziej oczekiwali odnośnie tego aspektu, aby włożona praca nie poszła na marne.

Pozdrawiam serdecznie,
czytamiogladam.pl

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.