#93 "Zanim zostaliśmy nieznajomymi" | R. Carlino


Autor: Renee Carlino
Tytuł: "Zanim zostaliśmy nieznajomymi"
Gatunek: new adult
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 328


Cześć kochani,
tak jak obiecałam, mam dla Was kolejną propozycję od Wydawnictwa Otwartego - książkę, która swoją premierę będzie mieć w Walentynki, ale warto na nią zwrócić już teraz uwagę :)



Krótko o treści...


Grace i Matt, dwoje artystów. Ona wiolonczelistka, on fotograf. Po intensywnym okresie studenckim - po szalonym uczuciu, cudownie euforycznych emocjach oraz pewnych mniej przyjemnych okolicznościach ich drogi oddalają się, aby po latach znów się połączyć na nowo. Jednak czy czas nie był przypadkiem dla nich zgubny? Czy uczucie z okresu studiów przetrwa rozłąkę?

Moja opinia...


Ah, co to była za książka! Fantastyczna, cudowna, choć od pierwszych stron na taką wcale się nie zapowiadała. Losy dwójki bohaterów zostały w tak przemyślany sposób splecione, że aż było szkoda kończyć przygodę czytelniczą z postaciami wykreowanymi przez autorkę.

"Nie da się odtworzyć pierwszego razu, gdy obiecujemy komuś miłość, ani tego, jak pierwszy raz sami czujemy się przez kogoś kochani. Nie da się przeżyć na nowo mieszanki lęku, uwielbienia, niepewności, namiętności i pożądania, ponieważ to nigdy nie zdarza się dwa razy. Przez resztę życia gonimy za tym doznaniem jak za pierwszy hajem. Nie znaczy to, że nie pokochamy w przyszłości kogoś innego ani że stan naszych uczuć diametralnie się nie zmieni, ale ta jedna nieplanowana chwila, ułamek sekundy, gdy dajemy susa w nieznane, kiedy serce tłucze się nam w piersi, a umysł zasnuwają rozważania o tym, co będzie - a chwila nigdy już się nie powtórzy, a żadna inna nie będzie tak intensywna."

Z autorką - Renee Carlino jest to moja pierwsza styczność i Wasza z pewnością również. "Zanim zostaliśmy nieznajomymi"zostanie wydana(premiera 14.02) nakładem Wydawnictwa Otwartego.
Renee ma lekki, niewymuszony styl pisania o emocjach, o życiu, cudownie rozwijając wątek miłosny. Takiej dawki skoków nastrojów dawno nie przeżyłam. Od pozytywnych, wręcz spontanicznych momentów, po pewną dozę żali, wylewanych smutków czy choćby próby przebaczania, a to wszystko okraszone namiętnym uczuciem i przepięknie poprowadzoną historią miłosną dwójki młodych ludzi.



Zarówno Matt jak i Grace są postaciami naturalnymi, bez zbędnego nadęcia, niesztampowymi, z własną historią i bagażem wspomnień. Są to bohaterowie od początku do końca przemyślani, momentami może i denerwujący swoim zachowaniem, ale te odczucia wynikają z tego, że każdy czytelnik będzie chciał dla nich jak najlepiej, a pewne niedoskonałości zwali na karb młodego wieku i braku doświadczeń.
Podobało mi się, że zarówno Matt jak i Grace mieli w swoim życiu problemy rodzinne. Wydaje mi się, że niezbyt pozytywne historie zbliżyły ich do siebie. Oboje trafili do Nowego Jorku z całkiem odległych regionów USA i tu, wśród wielu artystycznych dusz, potrafili się odnaleźć i stworzyć coś pięknego. Pewnego rodzaju młodzieńcze uczucie/przywiązanie do drugiej osoby. Od samego początku coś ich wzajemnie przyciąga i da się to odczuć od pierwszych chwil ich spotkania.

Możliwe, że ta książka trafiła do mojego serducha, ponieważ fabuła została podzielona na dwa elementy. Czasy obecne - gdzie nasi bohaterowie są już osobami dojrzałymi, po przejściach, z pewnym bagażem doświadczeń oraz czasy studiów w latach 90' kiedy to nie było komórek, komputerów. Kiedy to używało się aparatów na kliszę, szwędało po mieście ze znajomymi, a żeby zadzwonić do rodziny, należało swoje odstać w kolejce przy telefonie. Przez to książka ma swoisty charakter, przywodzi na myśl filmy z lat 80/90 jak choćby "Masz wiadomość" czy "Bezsenność w Seattle". "Zanim zostaliśmy nieznajomymi" jest poniekąd kwintesencją poprzedniej epoki.

Narracja jest prowadzona z dwóch perspektyw - Matta i Grace. Nie jest regularna/wymienna, a raczej momentami zaskakujące było to, że kilka rozdziałów prowadził Matt, a kilka następnych było z perspektywy Grace. Nie spotkałam się z taką formą prowadzenia narracji i przez to również w tym aspekcie książka zyskała w moich oczach.

"Teraźniejszość należy do nas. To, co w tym momencie, to, co tu i teraz, po której przychodzi następna, istnieją po to, aby czerpać z nich pełnymi garściami. To jedyne, co wszechświat ma nam do zaoferowania za darmo. Przeszłość wymknęła nam się z rąk, przyszłość zaś to mrzonka, w której nic nie jest pewne. Ale teraźniejszość jest nasza, i tylko nasza. Jedyny sposób, aby tę mrzonkę zrealizować, to chwytać życie na bieżąco."

"Zanim zostaliśmy nieznajomymi" pokazuje, że z pewnego rodzaju błędów czy niedopowiedzeń w związkach, może wyniknąć straszna rzecz - zmarnowane lata, gdzieś pogubione uczucia, decyzje bez odwrotu... Kiedy skończyłam czytać miałam żal do bohaterów oraz do losu, który spłatał im figla, że stracili taki szmat czasu przez taką drobnostkę jaka pomiędzy nimi się pojawiła! 



Najlepsze w tej pozycji jest oczywiście zakończenie oraz fakt, że czytając mamy wrażenie, że historia mogła wydarzyć się naprawdę. Być może gdzieś w Nowym Jorku mieszka teraz Grace i Matt. On robi zdjęcia dla poczytnych magazynów, ona gra w filharmonii na wiolonczeli, a po pracy w okół nich biega garstka dzieciaków...

Moja ocena...

"Zanim zostaliśmy nieznajomymi" jest dla mnie kwintesencją dobrego romansu, z pięknie naznaczoną historią i interesującymi postaciami. Z chęcią jeszcze kiedyś do niej wrócę, a Wam mogę bez dwóch zdań ją polecić! Moja ocena nie może być niższa niż 9/10! Sięgnijcie po nią, naprawdę warto!

A Wydawnictwu Otwartemu chciałabym podziękować za możliwość przedpremierowej lektury.


Obsługiwane przez usługę Blogger.