#102 Dzień ostatnich szans | R. Schneider


Autor: Robyn Schneider
Tytuł: "Dzień ostatnich szans" 
Gatunek: literatura młodzieżowa
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Otwarte | Moondrive
Ilość stron: 320
Tłumaczenie: Aga Zano




Cześć kochani,
nie wiem czy pamiętacie, ale w zeszłym roku Wydawnictwo Otwarte/Moondrive dało mi możliwość zrecenzowania poprzedniej powieści Robyn Schneider "Początek wszystkiego", którą to opinię możecie znaleźć pod tym linkiem. Powieść ta była świetna, ale zabrakło mi tego czegoś. Czułam podświadomie, że Robyn stać na coś jeszcze lepszego. I co? Patrzę, a tu Wydawnictwo Otwarte/Moondrive zaproponowało mi, aby przeczytać i zrecenzować jej kolejną powieść. Przeczytałam opis i wielkie, pozytywne zaskoczenie. Niewiele myśląc zgodziłam się. Czy rzeczywiście ta książka zasługuje na dobrą opinię, za kilka chwil się przekonacie. 

"Wszyscy umieramy. Niektórzy umierają przez dziewięćdziesiąt lat, inni przez dziewiętnaście. Ale każdego ranka każdy człowiek na świecie jest jeden dzień bliżej śmierci. Każdy. Więc życie i umieranie to tak naprawdę tyko różne sposoby nazywania tego samego."


Kilka słów o treści...

Lane jest ambitnym siedemnastolatkiem, który ma zaplanowaną przyszłość – jest w niej miejsce na prestiżowy uniwersytet, ale nie na chorobę. Mimo zdiagnozowania u niego lekoopornej gruźlicy postanawia żyć, jak gdyby nic się nie zmieniło. Pobyt w ośrodku dla chorych Latham House traktuje jak przymusowe wakacje.
Sadie na przekór chorobie beztrosko chwyta każdy dzień. Dla wielu osób ośrodek jest jak więzienie, ona znalazła tutaj swoje miejsce. Tu stała się artystką, która wraz z przyjaciółmi stworzyła małą, bezpieczną przystań.
Znajomość z Sadie pomoże Lane’owi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie priorytety są zupełnie inne. Gdy choroba się zaostrza, żadne z nich nie dopuszcza do siebie myśli, że każda chwila może być tą ostatnią.
(opis pochodzi od wydawnictwa)

Moja opinia...

Jak już wcześniej wspomniałam z Robyn Schneider nie jest to moja styczność, toteż z lekkimi obawami mimo wszystko podchodziłam do tytułu. Zwykle podczas czytania innej pozycji tego samego autora, mamy tendencję do porównywania z poprzednimi pozycjami. W tym przypadku książka mnie pochłonęła w całości: jej humor, prowadzenie akcji, tematy opisywane, postaci... Choć troszkę jest nietrafione porównanie do powieści Johna Greena z tyłu okładki.



Robyn Schneider stworzyła historię z trudną tematyką choroby, która mimo wszystko pochłania czytelnika. Jest to przede wszystkim taka książka, po przeczytaniu której musimy zebrać myśli. Wzbudza w nas skrajne emocje. Jest sinusoidą uczuć jakie nami targają - od płaczu do śmiechu i na odwrót. Autorka wykreowała takich bohaterów, dzięki którym przeżywamy z nimi opisaną historię. 

Po przeczytaniu opisu, mamy choć w pewnym stopniu delikatne pojęcie, co zastaniemy w środku. Autorka napisała książkę, która nie męczy ciężkim językiem. Czyta się ją zaskakująco szybko, a jednocześnie, na zaledwie trzystu stronach, była w stanie poruszyć niejeden ciężki temat. Nie zapomniała przy tym o cudownym, wręcz nerdowskim poczuciu humoru, które w pozycjach o tematyce choroby wręcz powinno się pojawić, aby dać nadzieję na dobre zakończenie, czy po prostu nie zdołować czytelnika mocnymi, negatywnymi emocjami.

"Rzeczy chwilowe wcale nie mają mniejszej wartości, bo w życiu nie chodzi o to, jak długo coś trwało, tylko że się wydarzyło."

Zarówno Lane jak i Sadie - główni bohaterowie, są postaciami z historią. Lane, ambitny młody chłopak, mający plany na przyszłość, jednak będący jedynakiem i stąd oczkiem w głowie rodziców. Przedstawia typ typowego nerda, siedzącego ciągle w książkach, dążącego do upragnionych celów za wszelką cenę. Z początku nawet choroba nie jest w stanie pokrzyżować jego planów...
Sadie natomiast jest dziewczyną, która stara się chwytać z każdego dnia garściami.To właśnie tu, w tym ośrodku, znalazła swoje miejsce, którego nie chce opuszczać. Była chora jak każdy w ośrodku, ale to nie choroba definiowała to kim była i jaki miała charakter.
Są również postaci towarzyszące głównej dwójce - ich przyjaciele, lekarze, nauczyciele, jednak to Lane i Sadie prowadzą całą powieść.
Bardzo podobało mi się w nich to, że autorka książce "Dzień ostatnich szans" wykreowała te postaci na zasadzie przeciwieństw. Choć mają wspólną historię bądź w pewnym stopniu można nazwać to swego rodzaju paradoksem,  dopiero tu, w ośrodku zwalczania gruźlicy, potrafili znaleźć wspólny język, a zaszłości z przeszłości potrafili puścić w niepamięć.
I bardzo się cieszę, że jednak wątek romansu nie grał pierwszoplanowej roli, a my mogliśmy się skupić na problemach młodych ludzi będących w chorobie. Z ich samotnością, z ich problemami, z przeżywaniem tego na swój sposób. 



Idea "Dnia ostatnich szans" jest przepiękna. Będąc zdrowym często zapominamy, że życie jest darem; nie doceniamy tego, co na co dzień posiadamy. A powinniśmy być po części jak Sadie. Mimo nieprzeciwności losu, dziewczyna brała od życia garściami i starała się żyć chwilą, ponieważ wiedziała, że ta chwila, ten moment czy dana sytuacja może być ostatnim jej oddechem, który udało się dokonać.
Mi się osobiście nigdy nie zdarzyło, abym czegoś żałowała, bo właśnie próbuję w taki sposób podchodzić do życia. Aby leżąc w łóżku w danym dniu niczego nie żałować, a wręcz planować kolejny dzień. A Wam się zdarzyło uznać jakiś dzień za "dzień ostatniej szansy", która już się nie powtórzy?


Moja ocena...

"Dzień ostatnich szans" zaskakuje drugim dnem. Jest to z jednej strony powieść o życiu, przemijaniu, o nieprzegapaniu szansy, natomiast z drugiej radzeniu sobie z chorobą i jej wszystkimi negatywnymi objawami. Jak już wspomniałam, porównywanie tej książki do pozycji Johna Greena mija się z celem. Uważam, że Robyn wykreowała tak inną, a jednocześnie przepiękną historię, w której będą się zaczytywać nie tylko młodzi czytelnicy. Moja ocena nie może być inna jak 10/10! Polecam z całego serca! Nie będziecie żałować.

 

Obsługiwane przez usługę Blogger.