#120 Tysiąc pocałunków | T. Cole


Autor: Tillie Cole
Tytuł: "Tysiąc pocałunków" 
Gatunek: Young adult
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Filia
Ilość stron: 440
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek


Cześć kochani,
są takie książki, które po jednym przeczytaniu odkładamy na bok, ale są też takie których choćby grzbiet czy tytuł od razu w naszych głowach przywołuje określone uczucia. Bardzo długo zabierałam się za napisanie recenzji książki "Tysiąc pocałunków" T. Cole, ze względu właśnie na wspomniane wyżej uczucia, które dość długo mną poniewierały... 

Krótko o treści...

Chłopak i dziewczyna. Uczucie powstałe w jednej chwili, pielęgnowane później latami. Więź, której nie był w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość. Która miała przetrwać już do końca. A przynajmniej tak zakładali.
Kiedy siedemnastoletni Rune Kristiansen wraca z rodzinnej Norwegii do sennego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia, gdzie jako dziecko zaprzyjaźnił się z Poppy Litchfield, myśli tylko o jednym. Dlaczego dziewczyna, która była drugą połową jego duszy i przyrzekła wiernie czekać na jego powrót, odcięła się od niego bez słowa wyjaśnienia?
Serce Rune’a zostało złamane, gdy dwa lata temu Poppy przestała się do niego odzywać. Jednak, gdy chłopakowi przyjdzie odkryć prawdę, jego serce rozpadnie się na nowo.
(Opis pochodzi ze strony Wydawnictwa Filia)

Moja opinia...


Gdzie ja byłam do tej pory, że nie przeczytałam wcześniej książki "Tysiąc pocałunków" autorstwa Tillie Cole? Dlaczego dopiero teraz wpadła w moje ręce? Nie ma co gdybać, tylko brać się za recenzję :)


Autorka ma niespotykany dar do tworzenia przejmujących historii w tak lekkim i przyjemnym stylu, że aż chce się wracać do jej powieści. Kreuje na kolejnych stronach opowieść, która prowadzi nas poprzez narrację pierwszoosobową przez zakamarki życia dwójki bohaterów, z dwóch różnych perspektyw: Rune oraz Poppy. Cudowne jest to, że poznajemy ich jako dzieci i z każdym kolejnym rozdziałem wraz z nimi dorastamy. Autorka daje nam czas, abyśmy mogli się zżyć z bohaterami oraz przeżywali z nimi zarówno wzloty jak i upadki.

"Dlaczego trzeba stanąć w obliczu śmierci, by nauczyć się doceniać każdy dzień? Dlaczego musimy czekać, aż niemal skończy nam się czas? Dopiero wtedy zaczynamy spełniać marzenia, które mieliśmy, gdy wydawało nam się, że jesteśmy nieśmiertelni. Dlaczego nie patrzymy na ukochaną osobę, jakbyśmy mieli jej już nie zobaczyć? Gdybyśmy to robili, nasze życie byłoby cudowne. Byłoby prawdziwe i pełne."

Zarówno Poppy jak i Rune to postaci, które skradają serca czytelnika od pierwszego momentu ich poznania. Ona cicha, momentami wycofana, on nowy w szkole, lekko zbuntowany, ale za to wyróżniający się typowo skandynawską urodą, czyli wydawać by się mogło troszkę sztampowo i w zasadzie można pomyśleć, że z tej mąki chleba nie będzie. Jednak autorka dzięki takiemu zabiegowi skupia naszą uwagę na ich psychice czy przemyśleniach. Jest jedna rzecz, do której muszę się przyczepić w kwestii bohaterów. Zadziwiała mnie ich zbytnia dojrzałość - w wielu scenach, szczególnie tych początkowych bardziej odnosiłam wrażenie jakbym czytała o postaciach wiekiem zbliżonym do dwudziestolatków, aniżeli do dzieci czy wczesnych nastolatków.
Oczywiście, można się przyczepić do wielu scen, które niewiele wnosiły albo były uderzająco przesłodzone, ale właśnie to też jest plusem tej powieści. Inaczej spoglądamy na uczucie rodzące się pomiędzy dwójką bohaterów mając na uwadze zakończenie.


Dawno nie spotkałam się z taką powieścią, która wzbudzałaby we mnie tak skrajne emocje. Początek lekko nudnawy, natomiast końcówka - poczułam się jakby przejechał po mnie walec emocjonalny. Potrafiłam w sobie znaleźć pokłady takich emocji, o których istnieniu nie byłam nawet świadoma. Wielokrotnie odkładałam "Tysiąc pocałunków" na bok, aby nie tylko wytrzeć mokre oczy, ale też zastanowić się tak naprawdę nad życiem, na tym co nas czeka po śmierci, czy nawet spróbować się pogodzić, że kiedyś i nas dosięgnie kostucha...

"[...] nasze dni i oddechy są policzone, a przeznaczenia nie można zmienić, nawet jeśli mocno staralibyśmy się z nim walczyć."

Dodatkowo postać Rune'a była tak cudownie opisana. Fakt, może momentami był zbyt słodki, może i jego przemiana była dość sztampowa, ale opisy uczuć wewnętrznych za każdym razem mnie rozczulały i wzruszały. Takich facetów ze świecą szukać.

"Zaledwie jeden moment jest w stanie odmienić świat. Zmienić czyjeś życie. Czyjeś istnienie, które w ciągu tej jednej krótkiej chwili ma szansę stać się nieskończenie lepsze lub gorsze."

Po przeczytaniu "Tysiąc pocałunków" stwierdzam jednoznacznie, że prędko się z nią nie rozstanę i postaram się jak najszybciej nadrobić braki w przeczytaniu pozostałych powieści Tillie Cole.

Moja ocena...

Z pewnością "Tysiąc pocałunków" T. Cole mogę każdemu polecić. Dla mnie powieść, choć delikatnie nierówna, to z pewnością zasługująca na mocne 8/10. Z pewnością jeszcze do tej książki wrócę :)

"Nie powinniśmy marnować żadnego oddechu. Jak można bezczelnie marnować coś tak wartościowego? Powinniśmy dążyć, by móc wziąć każdy taki cenny oddech w wyjątkowych chwilach. Powinniśmy przeżyć ich jak najwięcej podczas krótkiego czasu, który został nam ofiarowany na ziemi."

Czytaliście tę książkę? Podobała się Wam? 

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.