#149 Jak upolować pisarza? | S. Franson


Autor: S. Franson
Tytuł: "Jak upolować pisarza" 
Gatunek: literatura obyczajowa
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska

Cześć,
jakiś czas temu zachęcona hasłem, jaki pojawił się na okładce książki "Diabeł ubiera się u Prady na dzisiejsze czasy", stwierdziłam, że chętnie podejmę się recenzji książki Sally Franson "Jak upolować pisarza". Serdecznie zapraszam do lektury ;)



Krótko o treści...

Jest bezwzględna. Jest bezczelna. Nie polubisz jej od razu. 
Casey Pedergast jest dyrektorką kreatywną agencji reklamowej. W świecie brandów i marek czuje się jak ryba w wodzie i bezwzględnie pnie się po szczeblach kariery. W wolnych chwilach czyta. Głównie Instagrama. 
Kiedy jej szefowa wpada na genialny pomysł zatrudnienia pisarzy do kampanii reklamowych, Casey ma pozyskać najbardziej gorące nazwiska świata literatury. Ale gdy pierwszą ofiarą ma być przystojny pisarz Ben, sprawy mogą się łatwo wymknąć spod kontroli. 
Co wyniknie z polowania Panny Ambitnej na Przystojnego Pisarza? Kto zyska, a kto straci na zderzeniu wielkiego świata literatury i reklamy? I czy jest tam miejsce na miłość?
(Opis pochodzi ze strony Wydawnictwa Znak)

Moja opinia...

Dawno nie spotkałam się z taką książką, która wzbudziłaby we mnie takie emocje! Nie mam tu w żadnym wypadku na myśli palety tych pozytywnych. Wręcz wielokrotnie podchodziłam do powieści z nadzieją, że jednak coś się zmieni -niestety, próba była skazywana na fiasko.

"Kiedy cierpimy, zwłaszcza z powodu czegoś, co właśnie się dzieje, trudno nam uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie nas zrozumieć, nawet jeśli przeszedł dokładnie przez to samo."

Najgorsze chyba jest to, że nic nie wskazywało na to, aby powieść miała aż tak mnie zawieść. Opis wydawał się zachęcający, okładka była nawet ciekawa i do tego polecajka od Lady Margot, na której dotychczas się nie zwiodłam. Wszystko to, tak strasznie wpuściło mnie w maliny, że aż jest mi żal spędzonego czasu przy tej powieści.

Czuję wewnętrzną walkę, pisząc tę opinię, bowiem z jednej strony wszystko się zgadza — mamy tu produkt dobry, skończony — co prawda nie wybitny, ale chyba nie takie było założenie autorki, natomiast z drugiej jest wiele rzeczy, które mnie jako czytelnika, strasznie denerwowały.
Sally Franson ma specyficzny styl pisania. Jest to ten rodzaj pióra, którego szczerze nie lubię w książkach, bo polega on na tym, że autor wciąga nas w daną sytuację, po czym w jej trakcie dodaje mnóstwo nietrzymających się kupy wątków, aby... wrócić do pierwszej myśli i prawdę powiedziawszy zmusza czytelnika do zastanowienia się, o czym była mowa na samym początku. To jest tak denerwujące, że kiedy spotykam się z czymś takim, to najczęściej odkładam książkę na bok, bo szkoda mi czasu.
W tym miejscu należy wspomnieć również nierównowadze na rzecz opisów i przemyśleń głównej postaci. Zdecydowanie za dużo treści, a za mało akcji. Do tego tęsknym wzrokiem wyczekiwałam każdego kolejnego dialogu, bo były takie fragmenty w tej pozycji, gdzie narracja zniechęcała do dalszego czytania.
Prawda jest też taka, że praktycznie całą powieść nic się nie dzieje, a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Niby główna bohaterka jeździ po stanach, zachęca autorów do podpisania umów z agencją i sponsorami, ale w większości nie ma to odniesienia dla dalszych wydarzeń. Tylko troje autorów w dalszej części się pojawia, ale reszta? Nie do końca rozumiem ich sens. Autorka miała podpisaną umowę na ileś set stron i musiała się z tego wywiązać? Bo innego racjonalnego wytłumaczenia nie jestem w stanie znaleźć.
"[...] homogeniczność jest źródłem rasizmu, ale pomaga się nam też dogadywać. Różnice, w tym inteligencja lub talent, są korygowane, tak żeby nikt się nie wybijał i nie ośmielił się wyjść przed szereg. Wszyscy czują się komfortowo, bo nikt się nie wyróżnia."

Dawno też nie spotkałam się z taką sytuacją, kiedy to postaci drugoplanowe bardziej by mi się spodobały niż główna bohaterka. Chyba jest to pierwszy taki przypadek. Casey Pendergast przez 90% książki sprawia wrażenie typowej osoby, której ma syndrom władzy i zadzierania nosa. Miałam wielokrotnie wewnętrzną ochotę potrząsnąć dziewczyną, aby się opamiętała. Casey została złapana w typowe sidła wyścigu szczurów i gdyby nie pewien przykry incydent, przypuszczam, że nieprędko by się opamiętała.
Za to bardzo podobała mi się Susan, Ellen, Ben oraz pojawiający się na sam koniec epizodycznie Chris. W zasadzie, gdyby nie te postaci, to pewnie szybko bym zrezygnowała z czytania, ale także z dokonania opinii.



Oczywiście w książce "Jak upolować pisarza?" znajdziemy wiele wątków, które teoretycznie powinny nas zachęcić do lektury tej powieści, ale zostały one zepchnięte do kąta. Bo i pojawia się tu wątek miłości, utraconej oraz odbudowywanej przyjaźni. Jest też próba odnalezienia swojego miejsca na świecie, czy choćby niby główny punkt, ale potraktowany po macoszemu - krzywdzenie i zszarganie opinii niczemu winnej kobiety, na rzecz ogromnego ego pewnego mężczyzny.

Wiecie co tak naprawdę uratowało tę pozycję? Cytaty. Jest to ten aspekt, który sprawia, że mam wewnętrzny konflikt. Na całej linii książka zawodzi, a mam zaznaczonych w niej siedem fajnych cytatów, które z pewnością zapamiętam na długie lata. Jest to przekomiczna i dość absurdalna sytuacja, która zdarzyła mi się po raz pierwszy, odkąd dokonuję opinie na blogu.

"Książki, [...], nigdy nie zawodzą. To najlepszy rodzaj ucieczki, bo zamiast odciągać cię od siebie samego, będą wokół ciebie krążyć i na koniec zawsze cię do siebie przywiodą i pomogą nie tylko spojrzeć na sytuację świeżym okiem, ale także przyjrzeć się na nowo samemu sobie."


Moja ocena...

Według mnie książka zasługuje na naciągane 5/10. Jest to tak zwany średniak z dolnej półki i oprócz wspomnianych wyżej cytatów, pewnie szybko o tej pozycji zapomnę. Niestety, ani fabuła, ani jej forma do mnie nie przemówiła i tym razem nie polecę jej nikomu do przeczytania - czytacie na własne ryzyko :)

A za możliwość recenzji oraz przeczytania, chciałabym podziękować Wydawnictwu Znak.


Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.