O lekturach inaczej...




Cześć kochani,

z racji tego, że mamy dziś dzień nauczyciela, postanowiłam się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami na temat specyficznego gatunku książkowego jakim jest "lektura"!

Jestem typem człowieka, który w młodszym wieku lubił ułatwiać sobie życie i kiedy zauważyłam, że większość nauczycieli pod pojęciem "przeczytania" lektury, miało tak naprawdę na myśli ogarnięcie jej pod względem klucza, stwierdziłam na pewnym etapie szkolnego życia, aby po prostu zaprzestać czytania lektur szkolnych. Nie wiem jak jest obecnie, ale od zawsze chodziło o ten sławetny klucz i użyte w odpowiedziach czy też opracowaniach konkretne słowa, które punktowały na każdym egzaminie, jaki miałam okazję zdać - a że nie jestem człowiekiem egzaminów i za każdym razem takowe mnie stresują, to postanowiłam, że będę ogarniać wszelkiego rodzaju ściągi i opracowania, a zaoszczędzony czas spożytkuję w bardziej konstruktywny sposób.

Kiedy jeszcze w podstawówce starałam się i czytałam lektury - tak! moją ulubioną byli, uwaga, "Krzyżacy", tak w gimnazjum i liceum, raczej je podczytywałam, aniżeli czytałam: sprawdzałam jak książka wygląda kompozycyjnie i na tym zwykle się kończyło moje czytanie. Nie jestem z tego powodu dumna, ale też uważam, że książki powinno się czytać dla przyjemności, a nie z przymusu.



Najgorsze w naszym systemie edukacji było według mnie to, że na każdym etapie edukacji trafiał mi się inny nauczyciel, który miał własny styl prowadzenia lekcji i inne wymagania. Dużo również zależało od jego zaangażowania i zachęcania do czytania.
W tym miejscu muszę Wam się do czegoś przyznać. Słabo pamiętam lekcje polskiego w podstawówce(system sześcioklasowy). Powiem więcej - gdzieś mi świta w zakamarkach pamięci, że wtedy czytałam praktycznie wszystkie lektury, ale oprócz wspomnianych wyżej "Krzyżaków" nie pamiętam ani jednego tytułu. Czy to nie dziwne?
Będąc w gimnazjum, trafiła mi się świetna nauczycielka, która potrafiła niewątpliwie zachęcić do czytania. Ale tak jak w podstawówce, tak i w tym przypadku, nie pamiętam za wielu tytułów.  Najlepiej wspominam "Pana Tadeusza", którego przeczytałam w dwa dni, tak się wciągnęłam w historię zawartą w środku.
Natomiast liceum, to według mnie jedno wielkie nieporozumienie. Miałam to szczęście w nieszczęściu, że nauczycielka jaka mi się wówczas trafiła, poszła na urlop macierzyński i wrócił do szkoły pewien emerytowany nauczyciel, który chyba na wszystkie możliwe sposoby przemaglował moją klasę z "Dziadów", które nota bene trafiły mi się na maturze. Powiem Wam, że gdyby nie ten nauczyciel i jego podejście do lektury, to byłoby ze mną krucho na egzaminie pisemnym :)

Nie jestem pewna, czy lektury są w dzisiejszych czasach potrzebne. W większości przypadków, jak uczeń widzi listę książek do przeczytania, to mu się odechciewa. Nie dziwię się, bo w większości, książki te, są przestarzałe, czasem pisane w archaiczny sposób, czasem wręcz omawiają problemy, które są abstrakcją dla młodego człowieka. A ponadto ma tyle na głowie, że mając wybór: nauka a czytanie lektury, wybierze oczywiście naukę i... przeczyta opracowanie.
Zrozumiałabym, gdyby na wszelkich egzaminach dano uczniom wolną rękę/wprowadzono własne myślenie w postaci omawiania i pisania dłuższych tekstów, a niestety szkoły doprowadzają do tego, aby wszelkie talenty czy wybijające się jednostki sprowadzić do poziomu grupy/klasy.

Z jednej strony rozwiązaniem problemu jest zrewolucjonizowanie lektur, z drugiej podejście nauczycieli do tematu samych książek i zachęcanie poprzez zabawę do ich przeczytania, natomiast z trzeciej zmiana podejścia do egzaminów i pozbycie się sławetnych "kluczy" oraz nauki odpowiedzi pod w/w klucz.

Dajcie znać jak to było/jest u Was? Czytaliście/czytacie lektury? Omawiacie je może nadal pod klucz egzaminacyjny? A może polecicie jakieś tytuły, które Wam się podobały?

Do następnego,
Katka, czytamiogladam.pl

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.